Od ostatniego naszego spotkania minęło kilka miesięcy. W tym czasie bardzo dużo działo się w moim życiu. Był to okres niezwykle trudny i ważny. Mogę nawet powiedzieć, że przełomowy.
Pierwsze dni po rozstaniu były bardzo ciężkie. Nie mogłem spać po nocach, delikatnie mówiąc przeżywałem koszmar.
Dręczyło mnie wciąż pytanie:
"Czy jesteśmy przyjaciółmi, czy nie? Może nigdy nimi nie byliśmy?"

Byłeś moim przyjacielem, kiedy przebywałeś ze mną i wtedy zdawało się, że byliśmy w najlepszej komitywie. Dajesz jasną wyobraźnię a zarazem mętne, koszmarne sny. Zwodziłeś mnie i mamiłeś swoimi fantastycznymi pomysłami, wnosiłeś kolorowe błyski w szarą monotonię mojego życia. Budziło się wtedy we mnie mnóstwo wspomnień z przeszłości. Mogłem w nich wybierać do woli. Nie jestem przecież dziedzicznym alkoholikiem. Nie urodziłem się z organiczną skłonnością do picia. Pod tym względem byłem taki, jak moje pokolenie. Lecz po drodze gdzieś się zagubiłem. Wszedłem w świat iluzji jaki przede mną roztoczyłeś. Wierzyłem ci bezgranicznie, nie patrząc na następstwa jakie powodowałeś w moim organizmie. Piłem dla efektu jaki wywoływałeś, a że musiałeś przejść przez całe ciało, tym gorzej dla ciała. Liczył się efekt końcowy, chociażby krótkotrwały.
Z biegiem lat było coraz gorzej. Przysięgałem "Nigdy więcej! Gra nie warta świeczki". Lecz było to postanowienie czysto fizyczne. Aby odetchnąć, dojść fizycznie do siebie. Czasami myślałem, że doświadczyłem już wszystkiego w życiu i niewiele to wszystko było warte. Widziałem dziesiątki pijaków błąkających się bez celu po tym świecie.
Ja nie chciałem taki być!

Któż nie widział płaczącego, melancholijnego pijaka? Są wszędzie. Niestety ja też taki byłem. Zadręczałem swoją matkę smutkami i rozterkami jakie mną targały. Ona musiała mnie słuchać, czasami do późnych godzin nocnych, bo była moją matką. Najwspanialszą kobietą na świecie. Wiedziała, że gdzieś odpływam i nie mogła biedna nic zrobić. O mało nie wpędziłem jej do grobu. Ale ja tego nie widziałem. Nie pozwoliłeś mi ujrzeć prawdy o sobie. O tym kim stałem się po ponad 20-letniej przyjaźni z tobą. Zrobiłeś to w iście mistrzowski sposób. Zawsze gdy chciałem zerwać naszą przyjaźń chwytałeś mnie znów w swoje sidła, w sposób jeszcze bardziej zdradliwy. Dawne rozterki przestawały być ostre, rozpływały się w oceanie nicości. Podszepty zdrowego rozsądku cichły w miarę jak przenikałeś mój mózg, ciało, duszę. Doświadczyłem co znaczy obudzić się rano roztrzęsiony, z konwulsjami żołądka.
Poznałem tęsknotę pijaka za klinem, potrzebnym aby przyjść do siebie. Mózg i ciało rozstrojone i zatrute pragną nastroić się tą samą trucizną, która je przedtem obezwładniła, powaliła na ziemię - zgodnie z pijacką zasadą "czym się strułeś, tym się lecz". Z czasem było to tak silne, że innej drogi nie widziałem, a nawet nie chciałem widzieć.
Nie cieszyło mnie już życie bez ciebie. Szukałem towarzystwa pijących i sam też piłem. Chciałem być taki jak oni: beztroski, swobodny. Ty ciągle łudziłeś fantastycznymi pomysłami, obietnicami. W każdym razie ludzie, którzy mi najbardziej przypadli do gustu, których towarzystwa najbardziej pragnąłem, znajdowali się zawsze w pobliżu ciebie. Oddaliłem się od tych, którzy nie byli w ścisłym kontakcie z tobą. Oddaliłem się od własnej rodziny, która przez ten czas walczyła o mnie i cierpiała w milczeniu.

Teraz dopiero to zrozumiałem. Wtedy myślałem, że oni zatruwają moje życie, a były to rozpaczliwe próby wyrwania mnie z tego błędnego koła, w którym się znalazłem dzięki obcowaniu z tobą. Zostawiłeś mi skazę, z którą zostanę do końca moich dni. Wracają więc do mnie wspomnienia. Te dni kiedy piłem dla towarzystwa bo pili inni. Gdy nie miałem dość siły aby odmówić. Przestałem więc się ciebie obawiać. Osiągnąłem najbardziej niebezpieczne stadium, a mianowicie, uważałem, że nad tym panuję.

W ciągu długich lat praktyki utwierdziłem się w przekonaniu, że mogę pić kiedy mam ochotę, nie pić kiedy nie chcę. Ale była to twoja kolejna sztuczka. Najgorsza jaką mi zgotowałeś. Ta pewność siebie z każdym rokiem pogrążała mnie. Degenerowała resztki ludzkich uczuć. Zmieniała mnie w potwora gdy byłem pijany i mówiła, że to wszystko nie prawda gdy trzeźwiałem. Urwany film był "wspaniałym zabiegiem", jakże zgubnym dla mnie.

Jednak rodzina walczyła o mnie nadal, widząc zbliżającą się przepaść w właściwie już jej dno. Moja matka mając nadzieję, że się opamiętam i zerwę znajomość z tobą pomogła mi założyć własny zakład. Jednak ja nie dojrzałem jeszcze do tego, aby zerwać nasze kontakty. Więzy jakie nas łączyły były zbyt mocne. Teraz sam sobie byłem szefem. Nie musiałem wysłuchiwać czyichś bezsensownych czasami poleceń. Chciałem to pracowałem, nie chciałem to zajmowałem się czym innym. Jednak ty nie odstępowałeś mnie na krok. Nie pozwoliłeś samodzielnie podejmować decyzji. Po raz kolejny przekonałeś mnie, że bez ciebie jestem nikim, a ja chciałem być ważny! Poza tym nieustannie szukałem jakiegoś usprawiedliwienia na dalsze picie. Obojętny był rodzaj wymówki, skoro pragnienie raz się obudziło. Pragnienie, które przerodziło się w pożądanie. Moja siła stała się moją słabością. Tylko patrząc trzeźwo wstecz mogę ustalić ten prawie niewidoczny wzrost pożądania. Bywały drobne fakty, których nie brałem pod uwagę, znaki i wydarzenia, których nie dostrzegałem i nie umiałem ich ocenić.

Potrzebowałem już znacznej ilości alkoholu dla osiągnięcia stanu, który u przeciętnego człowieka zjawiał się po wypiciu małej dawki. Skutkiem tego regularnego, nałogowego picia umysł mój tak przywykł do sztucznego ożywiania, że byłeś mi już niezbędny. Stałeś się nieodzowny, gdy chciałem widzieć się z ludźmi i nie razić w towarzystwie. Byłeś konieczny aby ożywić fantazje, chęć do śmiechu. Niekiedy świtało mi w głowie ostrzeżenie:
Dokąd zaprowadzi mnie dalsze picie?
Lecz ty miałeś gotową odpowiedź:"chodź napij się a ja ci to wytłumaczę". I w końcu przekonywałeś.

Wystarczyło mi jedno twoje pytanie:
"Czy chcesz wyrzec się wszystkich rozkoszy, które ci dać mogę? Śmiej się ze mną. Nie minie cię koniec lecz teraz baw się. Świat jest ponury a ja ci go rozjaśnię. Przeklęty świat, w którym rządzi zło i niesprawiedliwość. Nie pozostaje więc nic innego jak tylko napić się i zapomnieć".
Było to tak sugestywne, że z żadnej strony nie wyglądało na fałsz. A jednak było to kolejne twoje kłamstwo, którym mnie nakarmiłeś. Znów byłem "szczęśliwy". Życie stało się łatwiejsze, beztroskie, bez odpowiedzialności. Przestałem traktować poważnie wszystko co wokół mnie się działo. Zapomniałem też o rodzinie, która cierpiała w ciszy, bojąc się moich gwałtownych reakcji. Stałem się tyranem dla własnej matki, dzieci, żony.

Jakże ciężko jest mi dziś o tym pisać. Ktoś mądry powiedział :
" prawdziwym tchórzem jest tylko ten, kto lęka się własnych wspomnień ". Ja pamiętam, dlatego będę walczył o mojego syna, aby nie poszedł tą drogą co ja.

Dość już krzywd. Dlatego mówię: " Już koniec z tym ".
Nowe życie przede mną. Nie chcę abyś więcej mnie dręczył. Czy zdołam się pozbierać na tyle aby znów stać się w pełni człowiekiem? Obawa jest, gdyż dobrze poznałem twoją moc, twoje sztuczki i pułapki, w które ciągle wpadałem. Będąc od dawna w zażyłych stosunkach z tobą wiem, że obudzą się fantazje, sny o potędze, zapomnienie. Przyrzekniesz mi znowu złudną silę ciału i złudne wzloty duszy, której przedstawisz świat w nierealnym świetle. Wymalujesz fakty o wiele piękniejsze niż są w rzeczywistości.
Musiało minąć ponad 20 lat abym przejrzał na oczy. Moje skołatane serce zaczęło na nowo bić.

Teraz nie jestem sam. Jest ze mną cała moja rodzina. Jest moja terapeutka, która pomaga mi zrozumieć siebie i stawiać pierwsze kroki na nowej drodze. Są wreszcie nowi znajomi, którzy wcześniej ode mnie przebudzili się z tego koszmarnego, iluzorycznego snu. Siła jaka tkwi w nas jest niesamowita. Jest to coś niewytłumaczalnego, jak grupa nieszczęśników oszukanych przez ciebie wspomaga się wzajemnie, gdyż wszyscy doskonale wiemy, że wygrać z tobą jest niezmiernie trudno. Ale wszyscy razem damy radę !!!.
Więc jednak jest "COŚ", przed czym nawet ty musisz skapitulować. To wspaniałe odkrycie. Pierwsze i najważniejsze w moim życiu. Dzięki tej "sile" odnalazłem cel życia. Uwierzyłem, że jeszcze mogę coś zrobić.
Wielekroć wmawiałeś mi, że życie jest niewiele warte ale zapewniam cię, nic nie jest warte życia. Szczególnie życia na trzeźwo po przejściu takiego piekła, jakie ty zgotowałeś mnie a ja innym.

Dopiero teraz poznaję jak piękny jest świat, który cały czas był obok mnie, a do którego ty mnie nie chciałeś wpuścić. Mam nadzieję, że nowa siła, której doświadczam, pozwoli mi na wyprostowanie drogi, którą chcę iść dalej, ale już bez ciebie. Znajomość z tobą kosztowała mnie słono. Zabrałeś najpiękniejsze lata mojej młodości a nic tak nie boli jak stracony czas. Będę jeszcze długo płacił ale cieszę się, że rozsądek i opamiętanie dotarły do mnie przez ten gąszcz kłamstw i matactw jakimi mnie oplątałeś.

Przyjaźń z tobą pozostanie mrocznym wspomnieniem. Bolesną nauką, że trzeba całego życia aby nauczyć się żyć, a jakość tego życia zależy od nas samych.
Dlatego nie mówię ci " do widzenia " lecz " ŻEGNAJ !".

( ANDRZEJ )