Co tam u ciebie, synku?

Kiedy zobaczyłem ją leżącą w bezruchu, z zamkniętymi oczami i brakiem wyrazu na twarzy, zdałem sobie sprawę, że pomimo tego, jaka była za życia i co mi zrobiła - nigdy nie będę mógł nazwać jakiejkolwiek innej kobiety "matką" ...

Nazywam się Andrzej

Mam 28 lat. Mam żonę, śliczną córeczkę, własny dom z ogródkiem i całkiem nieźle płatną pracę. Brak kredytów, zmartwień, kłopotów, chorób. Można by rzecz - rozkwit życia! Carpe diem!

Gdyby wszystko było takie proste...

Nie było. Jedna rzecz nie była. Dokładnie rok minął od czasu, kiedy zginęła moja matka. Umarła. Po prostu. Bez żadnego pożegnania, bez "żegnaj synku, będę o Tobie pamiętała, tam na górze". I nie winię jej. Nie miała tego do kogo powiedzieć. Nie było mnie przy niej. Prawdopodobnie w chwili, gdy jej serce odmawiało posłuszeństwa i przechodziła na drugą stronę, ja zabawiałem się z moim dzieckiem, śmiejąc się w niebogłosy.

Nie potrafiła być matką

Choćby się bardzo starała, czego zresztą nie robiła. Pamiętam te wszystkie sytuacje, jakbym przeżył je wczoraj. Nie zapomnę, jak rzucała we mnie szklankami - po pijaku. Nie zapomnę, jak wyrzucała mnie z domu. Kilka razy. Po pijaku. Potrafiła zgubić - po pijaku - wszystkie alimenty, które i tak szły na opłaty. Nie zapomnę, doprawdy nie zapomnę sytuacji, kiedy razem z bratem trzymaliśmy ją na balkonie. Chciała skoczyć. Po kłótni z ojcem. Od tamtej chwili zapomniałem, że mam ojca. Alkoholik, bezradny, kretyn. Bogu dziękować, że nie odziedziczyłem po nim zbyt wielu cech.

Może próbuję ją usprawiedliwiać, jej alkoholizm i braki w umiejętności spełniania się w roli matki. Razem z nią i dwoma braćmi przeszliśmy przez piekło mieszkania z "wujkiem" alkoholikiem, złodziejem, krętaczem. Cotygodniowe wizyty policji, wizyty u psychologa. Nie wytrzymała tego. Gdy on poszedł siedzieć, matka zaczęła pić. I zaczęła się kolejna gehenna.

Nie jestem alkoholiczką (...), przynieś mi piwo!

Ludzie dookoła dziwili się, że żyjąc w takiej rodzinie uczę się dobrze, przechodzę z klasy do klasy i opiekuję się matką. Co miałem robić? Zacząć pić, palić, kraść, gwałcić? Nie. Postawiłem sobie cel. Wiedziałem, że jeżeli po kolejnej libacji własna matka mnie nie zabije, dotrwam do chwili, kiedy będę te kilka lat życia z alkoholikami po prostu wspominał te chwile z uczuciem, że udało mi się. Wygrałem. Victory! Gdy już naprawdę nie miałem sił i zacząłem myśleć o samobójstwie, szedłem na cmentarz, do świętej pamięci dziadka, kładłem się na ławce i zasypiałem, bądź płakałem nad jego grobem, z nadzieją, że to widzi, słyszy i mi pomoże. Czy w to wierzyłem? Raczej nie, ale sam fakt jego obecności tuż przy mnie po prostu podbierał mnie na duchu. Wiedziałem, że niedługo trzeba wracać do domu. Na pewno nie mojego. Mojej matki. Często mi to wypominała. Ile razy słyszałem, że to ona nas utrzymuje? Prawdopodobnie nie brała pod uwagę tego, że za nasze alimenty.

Nie pracowała. Raz, dwa, może trzy - tylko dorywczo. Nie miała renty ani emerytury. Gdy ja - po studiach - ustawiłem sobie życie, znalazłem kobietę mojego życia, założyłem wymarzony dom, zapomniałem o tej kobiecie. Bo niby co jej zawdzięczam? Że mnie urodziła? Ale nie potrafiła wychować! Razem ze swoim bratem zniszczyła mnie, moje dzieciństwo. Samozaparciem, bez niczyjej praktycznie pomocy doszedłem do tego, co mam i za co mogę być wdzięczny sam sobie.

Koniec w samotności

Nie utrzymywałem z matką żadnych kontaktów. Z nikim z rodziny. Nawet z babcią, dzięki której mogłem uciec od matki i przygotować się do matury, która była moją ucieczką, przepustką do lepszej przyszłości. Nie kochałem nikogo z tej rodziny. Może darzyłem szacunkiem. Ale tylko i wyłącznie moją babcię.

Wyjechałem daleko. By zacząć żyć jako ja. Sam. I udało mi się.

Pewnego słonecznego dnia zadzwonił do mnie mój brat. Nie wiem, skąd miał numer. Ale zadzwonił.
- Andrzej, wiem, że Cię to nic nie obchodzi, ale... matka zmarła - powiedział niepewnie. Ostatni raz, kiedy z nim rozmawiałem - przyznam, że nie była to miła rozmowa. Zamurowało mnie. Nie wiem czemu, bo nie odwiedzałem jej od blisko 6 lat, nie słyszałem o niej, więc dlaczego miałbym się przejąć?
- Kiedy? Jak? - odparłem. Nie dałem po sobie poznać, że w jakikolwiek sposób mnie to poruszyło.
- Wczoraj. Zawał... przyjedziesz? - to ostatnie słowo, prawie że wyszeptał. Ja miałbym przyjechać?! Niby dlaczego?!
- Kiedy pogrzeb?
- W sobotę - odpowiedział po chwili. Był poniedziałek. Do soboty kupa czasu. Nie miałem nic zaplanowanego. Dobrze. Pojadę. Niech będzie.
- Zastanowię się, mam na ten dzień plany - odpowiedziałem. Nie wiedzieć czemu, wyłączył się. Jak stałem przy szafce, na której stał telefon, tak nie mogłem się poruszyć przez kolejne 5 minut.
"Dlaczego?! Co mnie to obchodzi?! Odeszła! I dobrze! Mówiłem jej, że tak skończy! Dość! Nie przejmuj się!" Próbowałem przekonać sam siebie. No bo w końcu dlaczego miałbym tam jechać? Zobaczyć ją leżącą w trumnie?

A w sobotę padał deszcz

Pojechałem. Sam. Chciałem oszczędzić Ani (mojej żonie) żałosnego widoku leżącego ciała zniszczonej przez życie kobiety. Mojej matki, oczywiście.
Dojechałem do miasta, kupiłem w kwiaciarni wiązankę - "Ostatnie pożegnanie". Niech ma - pomyślałem. Gdy wyszedłem z kwiaciarni, zaczął padać deszcz. A ja nie wziąłem parasola. "Kurwa!", pomyślałem i zacząłem karcić sam siebie - w myślach - że przyjazd tutaj nie był dobrym pomysłem. Przemogłem się, bo nie mogłem zawrócić. Nie przejechałem 500 km tylko po to, by zaraz wracać.

Gdy wszedłem na cmentarz, nie było zbyt wielu osób. 15, może 20. Wszyscy przed kapliczką, ubrani w czarne stroje. Podszedłem bliżej. Stali moi dwaj bracia - w garniturach. Moja babcia z wujkiem i dwoma ciotkami. I znajomi. Paru znajomych. Niewielu. Może kilku? I kilka obcych osób.
"Kompani kieliszka, co?", pomyślałem.
Nie była to odpowiednia chwila na takie "przemyślenia", ale nic nie mogłem poradzić. Takie myśli same cisnęły mi się do głowy.

Idąc do kapliczki, gdzie trumna była jeszcze otwarta, po drodze skinąłem głową rodzinie. Chyba nie byli zadowoleni, niektórzy wręcz wyrażali oburzenie faktem mojego przybycia. Kij im w oko./> Byłem w kapliczce sam. I załamałem się. Kiedy zobaczyłem ją leżącą w bezruchu, z zamkniętymi oczami i brakiem wyrazu na twarzy, zdałem sobie sprawę z tego, że pomimo tego, jaka była za życia i co mi zrobiła - nigdy nie będę mógł nazwać jakiejkolwiek innej kobiety MATKĄ.

Coś we mnie pękło. Runąłem na marmurową posadzkę kaplicy i wydałem z siebie krzyk gorszy od zwierzęcego, donośny jak start jumbo-jeta. Wbiegło parę osób, by odciągnąć mnie od trumny. Nie dali rady. Nie mogłem pojąć, co się ze mną dzieje. Toczyła się we mnie największa walka w całym moim życiu. Z jednej strony pamięć o tym, co robiła i jaka była. Z drugiej strony pamięć i świadomość tego, że to moja matka. Wydała mnie na świat. Dała mi życie. Coś, co jest najcenniejsze. Nie wyrzuciła mnie przecież na śmietnik. Z trzeciej strony żal i rozgoryczenie. Przecież nie byłem przy niej przez ostatnie 6 lat. Kiedy odwiedziłem ją po raz ostatni uderzyłem ją w twarz. Poprosiła mnie wtedy o pieniądze. Rzuciłem jej 10 złotych, a ona odrzekła na to: "Ty skurwysynu! To ja Cię całe życie wychowuję, a Ty zarabiając tysiące rzucasz własnej matce 10 złotych?! Wypierdalaj, żebym ja Cię więcej na oczy nie widziała!!!" Spełniłem jej ostatnie życzenie, jakie wypowiedziała za życia.

Deszcz moją rozpaczą

Chyba próbowałem oszukać sam siebie, że jej nienawidziłem. Przez kilka tygodni dźwięczały mi w uszach słowa mojego brata.

"Byłem ostatnio u matki. Wiesz, pytała się o Ciebie, co tam u Ciebie słychać, czy nie jesteś głodny i tak dalej. A wiesz, u niej było strasznie zimno. Rękawiczki i szalik trzeba było nosić. I nie miała co jeść. Spleśniały chleb miała tylko." Nie mogłem wytrzymać powtarzających się, wyimaginowanych słów matki: "Co tam u Ciebie, synku? Ten spleśniały chlebek jest pyszny! Na pewno pyszniejszy niż Twój dzisiejszy trzydaniowy, popołudniowy posiłek! I mam nadzieję, że Ci cieplutko. Ja tutaj marznę, wódka nie nadaje się do picia, bo też zamarzła. Ale Tobie chyba cieplutko, prawda? Mam nadzieję, synku!". "Synku". Nie mogłem tego znieść.

Gdy klęczałem nad jej trumną, którą właśnie zakopywali, wszyscy płakali. I nie patrzyli się na trumnę. Patrzyli się na mnie. Pomimo tego błota i deszczu, który z pewnością akompaniował mi w mojej rozpaczy, klęczałem i grzebałem rękami w ziemi, która była niezwykle słona od łez. Moich. Tylko moich. To jedyne, co mogłem jej dać w tej chwili.

Czas nie goi ran

Minął rok od kiedy pożegnałem dość łzawo swoją matkę. Stoję nad jej grobem z pięknymi kwiatami. Ania trzyma w reklamówce kilka zniczy. Najdroższych. Moja córcia siedzi na ławce i wpatruje się w grób. Wie, że tutaj leży jej babcia...
...i wie, że była niezwykle dobrą kobietą...

MaestroS