Polonika, Andrzej Gwizdalski, Halina Iwanowska

Anonimowi z Wiednia

Na Stephansplatz w umówionym miejscu czekają już Ania i Piotr. Idziemy do pobliskiej kawiarni, siadamy przy stoliku, zamawiamy kawę.
Polonika: Czy uważacie się za . . .
Ania: Alkoholików? - śmieje się - proszę na nas spojrzeć. Czy pasujemy do pana wyobrażenia o alkoholiku?
Piotr jest starannie ogolony i przystrzyżony. Ubrany elegancko. Ania ma modnie uczesane włosy, lekki makijaż i zadbane dłonie. Spod jej kaszmirowego sweterka wystaje wyprasowany kołnierzyk białej koszuli. Oboje wyglądają świeżo i młodo. Trudno uwierzyć, że są już po pięćdziesiątce i że są alkoholikami.
Piotr: Tak, jesteśmy alkoholikami. Ja do końca życia będę alkoholikiem, bo to jest choroba nieuleczalna, jak cukrzyca czy rak, wobec której jestem bezsilny. Nie można tego wyleczyć, ale można zaleczyć, można nauczyć się z tym żyć wiele lat, nie pijąc. A zaleczenie to dla mnie terapia grupowa, nasze spotkania w polskojęzycznej grupie AA. Jesteśmy alkoholikami niepijącymi. Jak długo będziemy? Nie wiemy. Niektórzy nie piją już po 30 lat.
Polonika: Gdzie leżą przyczyny waszej choroby?
Piotr: Skąd u mnie wzięła się choroba alkoholowa? Z niemożliwości odnalezienia się w środowisku, z niechęci zaakceptowanie świata. Odkąd pamiętam, miałem mnóstwo kompleksów i nie wiedziałem jak się ich pozbyć. Nie akceptowałem się: na przykład tego, że byłem najniższy do 7 klasy szkoły podstawowej, że mnie nawet dziewczyny biły. . . Dziś brzmi to śmiesznie, ale wtedy nie mogłem się z tym pogodzić. Chcąc pozbyć się tych kompleksów, lęków i wielu innych problemów, zauważyłem, że ten pierwszy kieliszek, który wypiłem w wieku 16 czy 17 lat, nagle dodaje mi tego, czego mi brakowało: odwagi, śmiałości, że ten alkohol zabiera dawne obawy i kompleksy i że mi pomaga. Alkohol pomagał mi, ale tylko do pewnego momentu. Później zburzył moje życie.
Ania: W moim przypadku zaczęło się jakieś 10 lat temu, kiedy przyjechałam do Austrii. Ale prawdziwych początków musiałabym szukać w genach. Jestem z rodziny alkoholików. Ojciec był alkoholikiem, który przez alkohol zmarł i to młodo, bo w wieku 57 lat. Pierwszy brat utopił mi się przez alkohol w wieku 25 lat, bo był po iluś tam piwach. Drugi brat, który jeszcze żyje, jest czynnym alkoholikiem. Ja sama już w latach średniej szkoły nie umiałam wypić normalnie, tak jak inne koleżanki. Najczęściej wybierałam jakieś słodkie wina, które piłam do końca.
Pamiętam, że od zawsze marzył mi się duży barek. Pragnęłam otworzyć go i mieć czy to Martini, czy koniaczek, czy jakieś winko. . . Proszę zwrócić uwagę, jakie miałam marzenia od młodości. Później przyszły imprezy, brak umiaru, wymiotowanie w toaletach, kac, bóle głowy. . . Potem wyszłam za mąż i trochę się to uspokoiło. Matka - wróg alkoholu - pilnowała. Ja też zawsze byłam przeciwna pijaństwu. Darłam się na ojca, na męża: "walka z alkoholem!" Potem sytuacja finansowa w Polsce zmusiła mnie do tego, że trzeba było wyjechać za chlebem, żeby długi pospłacać. Przyjechałam do Wiednia i tu zaczęły się typowe zmartwienia emigranta: stres, brak pracy, brak mieszkania, dzieci tam, ja tu. W końcu ktoś "życzliwy" powiedział: "Weź Ania się napij, co będziesz się tam przejmowała. Strzel sobie banię!". I muszę powiedzieć, że zaczęło mi się to bardzo podobać i smakować. Taki był początek.
Polonika: Jak wyglądało wasze życie na co dzień, gdy piliście?
Ania: Byłam wzorem alkoholiczki kobiety: piłam sama, w ukryciu, po cichu, żeby nikt nie widział. Jak gdzieś widziałam pijaną kobietę na ulicy to aż mnie oburzało, jak to, przecież kobiecie nie przystoi! Ale po mieszkaniu miałam pochowane wszędzie. Doszło do tego, że zaczęłam sobie kupować alkohol i realizować swoje marzenia. W Austrii alkohol, w stosunku do zarobków, jest tani, więc był i pełen barek, a w nim koniaczek i Martini i winko. Potem nie czekałam, aż mnie ktoś zaprosił, to ja byłam wodzirejką na mieszkaniu. Przychodził piątek, a ja już mówiłam: "co jest panowie, tak siedzicie, przecież jest piątek, trzeba się napić dla rozrywki". Następnego dnia kac, wiec zapijanie alkoholem, tzw. klin, a to jest już oznaka alkoholizmu. I tak szło: trzy dni picia bez przerwy, praca, następny ciąg jeszcze dłuższy. Utraty pamięci, wstyd spotkać ludzi, bo nie wiedziałam, czy nie zrobiłam czegoś głupiego jak byłam pijana. Pierwsze problemy w pracy, spóźnienia, nieobecności. Picie dla picia.
Piotr: Alkohol zawładnął mną bardzo szybko i towarzyszył mi w wielu codziennych sytuacjach. W chwilach, kiedy miałem jakieś depresje, kiedy nie mogłem sobie samemu znaleźć rozwiązania. Piłem coraz więcej, do tego stopnia, że czasami były tygodnie, kiedy nie trzeźwiałem nawet na kilka godzin. Piłem przeróżne rzeczy . . . perfumy też się piło. I tak rozkręcało się to we mnie, coraz częściej i coraz więcej. Żyłem w obłędzie, nie wiedziałem co robię. Jak sobie wypiłem, to wydawało mi się, że jestem mocny, że jestem bogiem, niczego się nie bałem. Gorzej było jak wytrzeźwiałem. Powracał strach, głupota . . . ile to ja niebezpiecznych i głupich rzeczy robiłem. Przecież ja 10 lat jeździłem bez prawa jazdy! Austriacka policja zabrała mi nawet polskie, w Polsce kłamałem, że mi papiery ukradli. Coraz częściej zaniedbywałem rodzinę, pracę, przyjaciół. Przestałem wierzyć we wszystko, w Boga, w ludzi, w siebie. . .

Dojść do dna

Polonika: W literaturze fachowej często pojawia się pojęcie "osiągnięcia dna" w życiu alkoholika. Czy i jak wyglądało to u was?
Piotr: Tak, to dobre określenie. Dno to koniec, niekoniecznie śmierć, bo alkoholik nie będzie się zapijał na śmierć. Ale kto wie, czy to stan nie gorszy od śmierci. To stan ostatniego upodlenia się, zezwierzęcenia, sponiewierania. Człowiek taki niszczy w tym momencie siebie, własne zdrowie, umysł, duszę, niszczy też ludzi wokół siebie, najczęściej rodzinę i bliskich. Ale dno to też punkt otrzeźwienia, wielkiego wstrząsu po latach upadania, to często moment opamiętania się, odbicia i powrotu do trzeźwości.
Polonika: Czy alkoholizm doprowadził pana do takiej skrajnej sytuacji?
Piotr: Raz zabiłbym człowieka. Byłem pijany, już nie pamiętam dokładnie jak to się stało, zaciągnąłem mu krawat na szyi i zacząłem dusić. . . i pewnie bym go udusił, gdyby mnie koledzy nie odciągnęli. Ale i to doświadczenie nie pomogło. Nawet fakt, że innego razu leżałem pijany w błocie, bo nie miałem siły się podnieść, nie wstrząsnął mną. Opamiętanie przyszło powoli. Pewnego dnia po ciągach upojeń patrzyłem w lustro i pytałem siebie: i co osiągnąłeś w życiu, co zostawiłeś za sobą? Nic, gruzy, gruzy... Pięćdziesiąt parę lat i nic. Po 40 latach picia zostawiłem zburzone życie: rodzinę, dzieci, żonę, rodziców, pracę. . . Wówczas zacząłem się opamiętywać, szukać pomocy. Ten moment świadomości był początkiem szukania wyjścia.
Ania: Na dno staczałam się powoli. Ja również piłam coraz więcej i częściej. Wtedy przerwy między piciem robią się krótsze, a same ciągi picia dłuższe. Bywało, że piłam przez tydzień, potem kac, bóle brzucha, głowy, wymiotowanie, picie do końca, urywanie się filmu, nieobecność w pracy, i znowu bóle, bo mój organizm bardzo nie tolerował alkoholu. Wówczas zazdrościłam tym, którzy mogą pić po kilka dni i nic im nie jest. Wtedy też pojawiały się jakieś myśli, pierwsze skojarzenia z zachowaniem ojca jak był pijany. Ale sobie myślałam, nie, no ja alkoholiczką? Nigdy w życiu!
Aż pewnego razu było naprawdę ciężko ze mną. To był chyba tydzień picia. Wszystko: drinki, wino, koniaki, co było. Traciłam przytomność, odzyskiwałam, piłam dalej, aż w końcu, nie wiem nawet jak wylądowałam w szpitalu pod kroplówką. Żołądek nic nie przyjmował, byłam na odtruciu, myślałam, że już z tego nie wyjdę. Po wyjściu ze szpitala zadzwoniłam do córki. Zapytałam ją: "czy nie mogłabyś mi gdzieś poszukać jakiejś poradni odwykowej, jak przyjadę do Polski?" Po chwili ciszy mówi: "mamo, nie ma problemu". Dziewczyna zarwała swoje ferie zimowe, szukała, znalazła, pojechała tam nawet ze mną i później tak mi powiedziała: "mamo, ja się chyba wymodliłam. Chciałam ci powiedzieć wcześniej, ale nie wiedziałam jak, myślałam, że się obrazisz".
Polonika: Czy po osiągnięciu dna przestaje się nagle pić?
Piotr: Odbicie się od dna to dopiero początek ciężkiej walki z alkoholizmem. Znam niewiele przypadków, gdy po osiągnięciu dna ktoś przestał natychmiast pić. Mój przyjaciel nie pije już 10 lat i przestał natychmiast, ale zapłacił za to wysoką cenę. Pił z kolegą w mieszkaniu. Jego dwuletnie dziecko bawiło się w pokoju z balkonem, żona była w pracy. Po paru godzinach ktoś dobija się do drzwi: "Policja! Otwierać!" Wywarzyli drzwi. On i kolega byli ostro pijani. Policja pyta, co on zrobił z dzieckiem. Z jakim dzieckiem - odpowiada nieprzytomnie - przecież się bawi w pokoju . . . Wyciągnęli go na zewnątrz budynku. Dziecko leżało martwe pod blokiem, przykryte białą płachtą. Wypadło z balkonu. Dzisiaj mówi: "Zabiłem własne dziecko przez alkohol." Nigdy sobie tego nie przebaczył. Od tamtego czasu już nigdy nie wypił.

Trzeźwienie boli

Polonika: Jak wam udało się przestać pić i trwać w trzeźwości?
Piotr: W grupie, na spotkaniach AA dostałem pomoc, wskazówki, jak nie pić, jak przerwać i jak dalej pracować nad sobą. Na początku powiedziano mi co robić, żeby odstawić alkohol i zastąpić go czymś innym. Na przykład należy jeść dużo czekolady, drożdży lub pić przegotowaną ostudzoną wodę z drożdżami. Wszystko po to, aby dostarczyć odpowiedni poziom cukru do krwi, który wcześniej dostarczany był przez alkohol. Są jeszcze inne metody, głównie naturalne, które trzeba stosować konsekwentnie przez długi czas, np. pić zioła. Są jeszcze lekarstwa, ale to środki sztuczne, chemiczne. Człowiek uzależnia się od nich i wpada z jednego nałogu w drugi.
Ania: To prawda, że nasze spotkania skutecznie pomagają mi w walce z chorobą, ale chciałabym podkreślić jeszcze jeden ważny czynnik, który pomógł mi przerwać picie, a mianowicie ciągłe zwracanie uwagi przez rodzinę i bliskich. Alkoholicy uwielbiają się samooszukiwać, okłamywać, że problemu nie ma, że alkoholikami nie są. Dobry przyjaciel lub osoba z rodziny, ci, którzy nas naprawdę kochają, nie będą wahali się zwrócić nam uwagę. Mi też kilka osób powiedziało: "słuchaj Anka, czy ty nie za dużo pijesz, spójrz na siebie." Najpierw odpowiadałam: "odwal się, co, za twoje piję?" Ale takich uwag było coraz więcej i trudniej było je zignorować i oszukiwać się. Wtedy poważniej zaczęłam zastanawiać się nad sobą. Prawda w oczy kole. U mnie było tak przede wszystkim dzięki córce. Ona mi pomogła. A dalszą profesjonalną pomoc otrzymuję na spotkaniach.
Polonika: Jak i od czego zacząć terapię?
Piotr: Przede wszystkim trzeba uświadomić sobie, że jest się alkoholikiem, człowiekiem bezsilnym wobec choroby. Nie oszukiwać się. Trzeba mieć też silną wolę, żeby spróbować się leczyć. Potem najlepiej przyjść do nas na spotkanie: na początek przyprowadź ciało, a głowa przyjdzie sama po jakimś czasie. Ważne jest, aby nie przestawać chodzić na spotkania. Wielu łudzi się, że po kilku miesiącach niepicia są na tyle silni, aby nie pić resztę życia. Nic bardziej mylnego. Kto się odczepi od stada sam w pojedynkę zginie i prędzej czy później zacznie pić.
Polonika: Jak wyglądają wasze spotkania, pomoc?
Piotr: Spotykamy się przynajmniej raz w tygodniu. Są to spotkania anonimowe, to znaczy poza imieniem nie trzeba nic więcej o sobie mówić. Na spotkaniu każdy mówi tylko o sobie, nie przerywa się. Jest jedna wybrana osoba, która trzyma porządek spotkania. Jak chcesz nie musisz nic mówić, wystarczy, że będziesz słuchał co mówią inni, a poczujesz się, jakby mówili o tobie. Poczujesz się swojsko, bo ta choroba ma taki sam przebieg u każdej osoby bez względu na narodowość, zawód, grupę społeczną. Tu każdy jest równy i nikt nikogo nie oszuka, próbując mówić nieprawdę. Dużo rozmawiamy na wszystkie tematy. Uczymy się żyć na nowo, bez alkoholu.
Ania: Bardzo ważne jest, że spotkania nasze odbywają się w języku polskim, są więc pomyślane głównie dla Polonii w Austrii. To istotne, gdyż uczestniczenie w spotkaniach austriackich, ze względu na bariery językowe, nie jest tak efektywne, bo o swoich uczuciach, o tym co głęboko siedzi i boli można powiedzieć tylko w swoim ojczystym języku wśród rodaków.

Już na trzeźwo

Ania: Trzeźwienie jest ciężkie, to prawda, ale jak pięknie jest, kiedy się teraz budzę trzeźwa i pamiętam co robiłam ostatniej nocy, ostatniego dnia, nie boli mnie głowa, nie trzęsą się ręce. A nie jak kiedyś, budziłam się z bólem głowy na kacu i zastanawiałam się, jak ja do łóżka trafiłam, co ja wczoraj robiłam. . .
Piotr: . . . gdzie ja samochód zaparkowałem, czy kogoś nie pobiłem, nie nasikałem do łóżka. . .
Ania: Niepicie jest przepiękne! Nie tylko dla nas samych, ale również dla naszych najbliższych.
Piotr: Tak, dla nich to również wielkie szczęście. Mój syn, teraz już ma 33 lata, przyjeżdża któregoś dnia do mnie do Wiednia. Był na spotkaniu służbowym z jakimś dyrektorem i przyszedł mnie odwiedzić. Weszli, a on mówi do tego dyrektora: "Panowie się poznają. To jest mój tata. I mój tato już dwa lata nie pije!" O rany boga, jakby mnie ktoś w mordę trzasnął, pot mi spłynął od głowy do stóp. . . Wtedy sobie uświadomiłem, jak to dziecko - trzydziestoletni mężczyzna - przeżywa to, jak ważne jest to dla niego, że ja nie piję. Ile on przeze mnie cierpiał i co stało się z jego psychiką. . . " Mój tato już dwa lata nie pije" - on był ze mnie dumny! Aż chce się żyć dla takich chwil, żyć i nie pić!
Pamiętam też taką scenę z międzynarodowego spotkania Anonimowych Alkoholików w Wiedniu przed trzema laty: potężna hala, kilka tysięcy ludzi, na środku podest i mównica. Do mównicy podchodzi mała dziewczynka w zaplecionych w warkoczyk jasnych włosach. Miała może siedem lat. Nastała całkowita cisza. I wówczas ona zaczęła mówić: "Mój tatuś już nie pije! Jestem szczęśliwa. Dziękuję wam wszystkim, którzy mu pomogli, i dziękuję Bogu, że tatuś znów jest z nami" - popłakała się, nie mogła mówić. My wszyscy też mieliśmy łzy w oczach, trzymaliśmy się za ręce. . .

Społeczeństwo i alkoholicy

Polonika: A więc można jednak skutecznie z tą chorobą walczyć. Jak społeczeństwo odbiera alkoholików?
Piotr: W Polsce społeczeństwo odbiera alkoholizm tak: jak ktoś leży obsrany w rowie, w błocie, to jest to alkoholik, a jak jeździ autem i jest przyzwoicie ubrany, to nie jest. I tak się ludziom złudnie wydaje, że jeżeli ktoś pije i jest wykształcony, lekarz, prawnik, bankowiec, to wtedy alkoholikiem nie jest.
Polonika: Ile i jak często trzeba pić, aby być uważanym za alkoholika?
Piotr: Takie pytania o ilość nie mają sensu. To może być jedno piwko lub koniaczek dziennie albo kilka w każdy weekend. Jedno i drugie może być alkoholizmem. Znany jest wśród nas taki przypadek lekarki z Wiednia. Pani doktor w przerwie na posiłek o godzinie trzynastej piła codziennie kieliszek koniaku do kawy. Nic więcej, tylko regularnie kieliszek koniaku. Pewnego dnia spowodowała wypadek samochodowy, straciła przytomność. Kiedy obudziła się w szpitalu po wyjściu ze śpiączki, każdego dnia regularnie o trzynastej krzyczała:
"Koniak! Dajcie mi koniak!" Była uzależniona. To taki sam przypadek alkoholizmu jak każdy inny. W Polsce nikt nigdy nie powiedziałby, że ona jest alkoholiczką, osobą chorą.
Polonika: Co jeszcze jest dla was nieprzyjemne w kontakcie ze społeczeństwem?
Ania: Mnie boli to ciągłe uważanie alkoholików, nawet tych niepijących, za ludzi gorszych, mniej wartościowych, śmieci... Tak jest w Polsce. Austriacy mają większą wiedzę na ten temat, są bardziej zaawansowani kulturowo, nie pogardzają człowiekiem, tylko mu pomogą, zrozumieją, traktują jak każdego innego chorego, bo wiedzą, że to jest poważna choroba. A czy chory na cukrzycę czy raka to ktoś gorszy, czy to ktoś zasługujący na pogardę, potępienie za to, że jest chory? Nie! A w Polsce mówią, "jaka tam choroba, zachlał się świnia i tyle". Nic dziwnego, że z takim podejściem społeczeństwa liczba alkoholików w Polsce przeraża ludzi z zagranicy.
Piotr: Tu w Austrii, kiedy piłem zbyt dużo, szef mi powiedział: "rób coś z sobą, bracie!". Więc ja zacząłem coś robić. W zimie, kiedy było dużo roboty, poszedłem do szefa i mówię, że jeżdżę do Polski, do Zakroczymia leczyć się. Tam jest takie bractwo trzeźwości, ludzie, którzy przyjeżdżają i pomagają innym. Więc pytam szefa, czy mógłbym dostać wolne, a pracy był zawał. A szef na to: "człowieku, no pewnie! Nawet, gdybym miał samego burmistrza Wiednia prosić, aby dał ci wolne, to zrobię to. My jesteśmy tu po to, żeby ci pomóc, bo ty chcesz się leczyć. Ty chcesz coś robić z sobą, i ja cię rozumiem, bo wiem, że to jest ciężka choroba".
Ania: Proszę! I to jest szef! A w Polsce to by cię jeszcze z pracy wyrzucili, bo ci się na urlopy chce jeździć, zamiast pracować.